Na czterdzieste urodziny do Santiago de Compostella.

BUEN CAMINO.

Od dawna już po mojej głowie chodziła myśl ale i wielkie pragnienie, by wyruszyć w drogę do Santiago de Compostella. Barierą, która oddalała mnie za każdym razem od realizacji owego marzenia, była słaba znajomość języków obcych. Zbliżały się wakacje, a wraz z nimi moje czterdzieste urodziny. Nie miałem planów, jak je przeżyć. I oto pewnego poranka przebudziłem się z wewnętrznym natchnieniem, ale i wezwaniem: „W tym roku idź na Camino”. Uznałem więc, że to natchnienie od Ducha Świętego, który wzywa mnie, abym wyruszył do grobu jednego z Apostołów, który zginął za wiarę w Pana Jezusa Chrystusa. Jeszcze tego samego dnia po powrocie ze szkoły zacząłem szukać informacji na temat Camino, zwłaszcza ofert z biur podróży, które organizują taką formę pielgrzymowania. Zauważyłem, że z Nowego Sącza wyrusza pielgrzymka, ale jeszcze podczas roku szkolnego, więc ze względu na termin nie wchodziła w rachubę. I oto nagle w przeglądarce internetowej ukazała mi się propozycja pielgrzymowania z Biurem mającym swoją siedzibę w Poznaniu „Misja Travel”. Termin w sam raz pasował do mojego urlopu. A trasa portugalska wybrzeżem, którą proponowało owe biuro podróży, wydawała się bardzo zachęcająca do tego, aby na niej się znaleźć. Trasa pieszego pielgrzymowania rozpoczynała się w Hiszpańskiej miejscowości Baiona. Po przylocie do Portugalii było zwiedzanie Porto, a następnego dnia wieczorem przejazd do Baiony i tam kolejnego dnia z rana po Mszy świętej rozpoczęcie pieszej wędrówki. Długo nie zastanawiając się, zauważywszy iż zostały jeszcze ostatnie miejsca, po wypełnieniu internetowego formularza wybrałem opcję: Zatwierdź. I tym sposobem znalazłem się wśród osób, które w dniach 28 czerwca do 8 lipca wyruszyły, aby trasą portugalską wędrować do grobu świętego Jakuba. Trwał jeszcze rok szkolny, a ja zajęty wpisywaniem ocen końcowych, sprawami szkolnymi zapomniałem o tym na co się wpisałem, aż do momentu, kiedy zadzwoniono do mnie z biura podróży i zapytano: czy nie zgodziłbym się sprawować opiekę duchową dla grupy, z którą miałem pielgrzymować. Po kilku dniach dałem pozytywną odpowiedź. I dziś nie żałuję.

Camino dzień pierwszy – 30 czerwca (niedziela)

Trasa Baiona – Vigo (ok. 25 km)

Nocleg: Hotel Junquera Uruguay, 19-21, Vigo Cetro, Hiszpania

Swoją drogę Camino rozpocząłem w miejscowości Baiona, do której dotarliśmy z Porto na nocleg. Tam czekała nas noc w Albergu (schronisku) na jednej sali w łóżkach piętrowych. Tej nocy spałem na samej górze. Następnego dnia z rana z Paszportem pielgrzyma, który otrzymaliśmy dzień wcześniej po Eucharystii rozpocząłem swoje pielgrzymowanie. Z owego miejsca do Santiago było do pokonania około 130 km. To wystarczający dystans do tego, aby móc otrzymać certyfikat przejścia Camino (minimum 100 km pieszo).

Podczas naszych wspólnym Eucharystii zachęcałem Caminowiczów, aby podczas drogi podejmowali się pracy nad sobą w oparciu o siedem grzechów głównych. Tego dnia zaraz po Mszy świętej wyruszyłem trzymając się głównego szlaku, który w Hiszpanii jest bardzo dobrze oznakowany. Większość osób z grupy wybrała wariant szlaku litoral – nieco krótszy, ale biegnący wzdłuż plaż i zatok oznakowany zieloną muszelką. Celem, do którego w tym dniu zdążałem było Vigo, dość duże miasto portowe. Po drodze tego dnia spotkałem Polaków, z którymi przemierzyłem dość długi odcinek drogi. Byli to nauczyciele fizyki. Później nieraz mijaliśmy się na trasie, a w drodze powrotnej byli też w tym samym samolocie co ja. Oni to zachęcili mnie do tego, abym po powrocie do domu obejrzał sobie film: Liczba doskonała.

Mijając poszczególne kilometry odmówiłem różaniec, później przyszedł czas na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Wówczas poczułem głód, więc zauważywszy restaurację, postanowiłem wstąpić do niej na obiad i tam podbić pieczątkę w swoim paszporcie Pielgrzyma. I tu zaczęły się przygody. Wszak to nie Polska, a ja przecież nie znam języka hiszpańskiego. Ściągnąłem więc aplikację w której był tłumacz Polsko-Hiszpański i za jej pomocą dogadałem się z kelnerem złożywszy zamówienie. Miałem już tego dnia podbite trzy pieczątki: jedną podbiłem rano w albergu, drugą w kościele po sprawowanej Eucharystii a teraz trzecią – po zjedzeniu obiadu. Zadowolony i najedzony powiedziawszy GRATIAS, tak jak na pielgrzyma przystało – wyruszyłem w dalszą podróż w kierunku noclegu. Niestety szybko dotarłem do dużego ronda, na którym zniknęło oznakowanie trasy i w ten sposób zgubiłem szlak. Próbowałem go odnaleźć, ale na daremnie. Nasza grupa na Whatsappie otrzymywała od wspaniałej przewodniczki o imieniu Martyna wskazówki, dokąd ma dotrzeć na nocleg. Więc, jako, że już byłem na terenie miasta Vigo, włączyłem na swoim telefonie nawigację, by ta doprowadziła mnie do miejsca noclegu, którym w tym dniu miał być hotel. Na nawigacji zauważyłem, że do miejsca docelowego pozostało mi jeszcze około 3,5 km. Siły jeszcze miałem do wędrowania, w przeciwieństwie do mojego telefonu, w którym bateria wskazywała, że jest naładowana tylko na 7 %. Co było robić? Na pewno nie usiąść i płakać, na pewno nie rozpaczać. Pomodlić się o natchnienie i o rozwiązanie tego problemu. Po krótkiej modlitwie usiadłem i zapisałem na kartce papieru adres hotelu, by w razie czego w ostateczności taksówką dotrzeć w to miejsce. Ale idąc dalej przyszło inne rozwiązanie. Zauważyłem otwarty sklep spożywczy. Za pomocą swojej aplikacji, zapytałem pracującej w nim Pani, bardzo życzliwej i uśmiechniętej, czy mogę zrobić tu zakupy, a w tym czasie podładować swój telefon, gdyż bez niego nie trafię na nocleg, na co ona się zgodziła, ku wielkiej mojej radości. Podczas, gdy mój telefon nabierał siły, ja powoli robiłem zakupy w niedzielę. Z racji konieczności, a nie z kaprysu. Były to banany, woda do picia, lód, bo było bardzo gorąco. Po ich zrobieniu podziękowałem Pani i wyruszyłem już z podładowanym telefonem w kierunku miejsca noclegu. Po dotarciu do hotelu, dowiedziałem się, że w tym dniu wiele osób z mojej grupy się pogubiło. Ale wynagrodzeniem całodziennego pielgrzymowania był nocleg w hotelu, a nie jak dzień wcześniej we wspólnej sali wszyscy razem. Tego dnia już wieczorem nie wychodziłem w miasto. Trasa bardzo mi się podobała, z wyjątkiem jej końcowego odcinka w Vigo. Nie było na niej wielu ludzi, był czas na przemyślenia, był czas na modlitwę za tych, którym ją obiecałem, bądź jestem winien, był czas na podziwianie pięknych widoków po drodze oraz na radosne powitania Buen Camino , bo tak witają się pielgrzymi na szlaku. Czasem mówią też do siebie OLA czy li CZEŚĆ.

Za ten pokonany pierwszy odcinek drogi – Bogu niech będą dzięki.

Camino dzień drugi 1 lipca (poniedziałek)

Trasa: Vigo – Arcade de Riba (ok. 23 km)

Nocleg: Hotel ISAPE Estrada de Soutomaior 36

Poranna pobudka, krótka modlitwa, jutrznia, zejście na śniadanie w hotelu i można wyjść w drogę. W tym dniu Eucharystię sprawował będę popołudniową porą o 18:30 w kościele Iglesia de Santiago de Arcade naprzeciw naszego miejsca noclegowego. Ci, którzy mnie znają wiedzą o tym doskonale, że miasto mi nie służy, stąd robię wszystko, by jak najszybciej opuścić Vigo. Dziś drogę pokonujemy w kilka osób. Schodzę na postój, aby napić się świeżo wyciskanego soku z pomarańczy i podbić pieczątkę w paszporcie pielgrzyma. Przy mijanym kościele próbuję wysuszyć swoje ubrania, które zeszłej nocy wyprałem w hotelu, a nie doschły, a które mam teraz w plecaku. Próbuję też odmówić Godzinę Czytań, lecz wędrujące osoby na szlaku mocno mi w tym przeszkadzają. Dlatego postanawiam, aby brewiarza w następne dni jednak nie odmawiać w drodze, lecz dopiero po przyjściu na miejsce. Za to jest czas na różaniec i na koronkę. Po drodze spotykamy moich znajomych z trasy z wczorajszego dnia nauczycieli fizyki, krótki postój, z racji gorącego dnia i oto znajduję się na kolejnym miejscu noclegowym. Czas na szybki prysznic, szybkie poszukiwanie pralni (z racji, że nie wyschły mi ubrania, no i nie za ładnie pachniały, na bluzę wylałem przypadkowo wodę z elektrolitami) czas odpoczynku spędzony w oczekiwaniu na wypranie i wysuszenie rzeczy, i oto biegnę, by zdążyć na Eucharystię, bowiem zbliża się 18:30. Po Mszy świętej wiele czasu na rozmowy, wrażenia, ale i na refleksję, przemyślenia i na modlitwę. W pokoju jestem z księdzem Markiem, który pielgrzymuje z nami, a pochodzi z diecezji łódzkiej. Za ten kolejny etap pielgrzymowania – Bogu niech będą dzięki.

Camino dzień trzeci 2 lipca (wtorek)

Trasa: Arcade – Pontevedra (ok. 12, 5 km)

Nocleg: Nacama Hostel (Albergue znajdujący się bezpośrednio przy szlaku)

Dobrze, że tego dnia wstałem rano i o godzinie 8:00 zszedłem na recepcję, bo tam osoby z grupy uświadomiły mnie, że już czeka Pani z Poczty, aby odebrać mój bagaż do przewozu na kolejny punkt noclegu (wybrałem taką opcję, by nie dźwigać wielu rzeczy). Dzisiejsze pielgrzymowanie zaczęliśmy od Eucharystii, sprawowanej o godzinie 8:30 w tym samym kościele, w którym mieliśmy Mszę świętą wczorajszego dnia. Tu odmówiłem modlitwę pielgrzyma, i po podbiciu pieczątki w swoim paszporcie wyruszyłem w dalszą drogę. Cieszę się, że prawie cała grupa uczestniczy w sprawowanych Mszach Świętych i że osoby chętnie angażują się w posługę podczas Eucharystii. A Basia i Agnieszka animują śpiew. Umocnieni Ciałem Pańskim, pokrzepieni Słowem Bożym ruszamy w dalszą drogę, gdyż zapowiada się upalny dzień. Pokonujemy poszczególne kilometry. I oto przed nami pojawia się wybór: Albo iść za główną trasą chodnikiem w skwarze aż do Pontevedry albo wariantem tuż zacienionym przy strumyku, który daje ukojenie w upalny dzień. Oczywiście, z racji zbliżającego się gorącego popołudnia, wybieram trasę zacienioną przy wodzie. Tam spotkałem pewnego biskupa (na jego piersiach zauważyłem krzyż a na dłoni pierścień biskupi), który zamykał grupę młodzieży wędrując w kamizelce odblaskowej. Takiego widoku raczej daremno szukać w Polsce. Widząc mnie w koloratce zaczekał na mnie i zapytał skąd jestem. Przedstawił się, że jest biskupem i że z Polski to zna tylko jednego biskupa o imieniu Grzegorz. Domyśliłem się, że chodzi mu o Biskupa Grzegorza Rysia. Powiedziałem mu, że bardzo mi miło było spotkać na trasie biskupa pielgrzymującego z młodzieżą do Camino, z czego się ucieszył. Jego grupa zrobiła sobie przerwę na postój więc nasze drogi się rozeszły, gdyż ja wędrowałem dalej, by jak najszybciej trafić na miejsce noclegu. Muszę przyznać, że tego dnia dało się zauważyć wzmożony ruch pielgrzymów na szlaku, co niestety utrudniało wędrowanie w skupieniu i modlitwie. Cieszę się, że wybrałem tę opcję dzisiejszego pielgrzymowania, gdyż upał tego dnia zaczął dawać się we znaki. Kiedy przybyłem na miejsce naszego noclegu, wybrałem sobie miejsce na mój nocny pobyt (tym razem na dole i na samym rogu sali). Po szybkim prysznicu, udałem się do pobliskiego supermarketu, aby zrobić sobie małe zakupy. Potem nadszedł czas na modlitwę brewiarzową. A wieczorem wybrałem się na obiadokolację i na zwiedzanie Pontevedry. Przy kolacji kosztowałem często regionalnych win, ale zawsze dbając o umiar w ich degustacji. A po powrocie do hostelu jeszcze tylko kompleta i do spania. A za kolejny dzień pielgrzymowania – Bogu niech będą dzięki.

Camino dzień czwarty 3 lipca (środa)

Trasa: Pontevedra – Caldas De Reyes (ok. 22,5 km)

Nocleg: albergue „O Cruceiro”

Jako, że tego dnia Msza święta zaplanowana jest wieczorem po dotarciu do miejsca noclegowego oraz z racji zapowiadanych upałów, tego dnia wyruszyłem na trasę z samego rana. Była godzina 6:00, kiedy opuszczałem miejsce noclegowe. W warunkach Hiszpanii to jeszcze noc. Powoli na szlaku wyłaniają się pielgrzymi. Niektórzy z naszej grupy również podobnie jak ja wyruszają wcześnie rano. Zaczynam dzień od godzinek, potem czas na jutrznię, różaniec, koronkę, póki nie ma na szlaku jeszcze dużego ruchu pielgrzymkowego. Idzie się dobrze, żałuję tylko, że do plecaka nie włożyłem sobie polaru, ponieważ momentami wieje zimny wiatr. Prawdopodobnie to przyczyni się do tego, iż zakatarzony wejdę do Santiago. Wędrując tego dnia napotykam na kolejny wariant trasy, tzw. espiritual, ale z niego nie korzystam. W tym dniu zatrzymując się na postój śniadaniowy spotykam kolejną grupę Polaków, po spożyciu posiłku, doganiają mnie Basia i Agnieszka. Wędrujemy tego dnia razem, wspólnie rozmawiając, modląc się i tak mijają nam poszczególne kilometry i oto docieramy przed godziną 12:00 na miejsce naszego noclegu. Zanim tam się udam idę wcześniej do kościoła, aby tam poświęcić swój czas na modlitwę brewiarzową. A potem z racji pięknej pogody i przepięknego parku, który znajduje się tuż przy kościele spędzam trochę czasu leżąc sobie i wypoczywając pod palmami. A o godzinie 13:00 ( bo o tej można się meldować w albergach) udaję się na miejsce noclegowe. Czas na prysznic, i długi odpoczynek. Później wyruszamy na Mszę świętą do kościoła pod wezwaniem św. Tomasza Becketa, na zwiedzanie miasteczka i na kolację. Jeszcze tylko kompleta i można kłaść się do spania. A za kolejny bezpieczny dzień pielgrzymowania Bogu niech będą dzięki.

Camino dzień piąty 4 lipca (czwartek)

Trasa: Caldas De Reyes – Padron (ok. 19 km)

Nocleg: albergue Murgadan (znajduje się przy szlaku Caminowym)

Tego dnia Mszę świętą mieliśmy zaplanowaną w kościele świętego Jakuba w Padron, więc w trasę podobnie jak w dniu wczorajszym wyruszyłem wczesnym rankiem. Schemat początkowej drogi był podobny jak dzień wcześniej. Godzinki, jutrznia, różaniec, koronka, do tego cisza i spokój z samego rano, bo z każdą godziną pojawia się coraz więcej grup pielgrzymich. Tego dnia w sposób szczególny modliłem się za Anię, by z jej nogą (miała kontuzję na noclegu) było wszystko w porządku i by mogła z nami dalej pielgrzymować. Tego dnia po dojściu na miejsce noclegowe, po krótkim prysznicu, przyszła mi myśl, abyśmy zrobili dla grupy hotdogi. Poszliśmy więc do supermarketu i zakupiliśmy to co potrzeba, parówki, bułki, ketchup, musztardę, pomidory, cebulkę. I dzięki kilku naszym Paniom – zaradnym Gospodyniom o godzinie 16:30 mogliśmy rozkoszować się smakiem hotdoga. Przy posiłku zaczęliśmy trochę śpiewać ku niezadowoleniu pracownika hostelu i naszej kochanej przewodniczki Martyny. Odtąd tego dnia staraliśmy się chodzić cichutko. W tym dniu z niektórymi osobami zrobiliśmy też zrzutkę na pranie i suszenie (pranie kosztuje 4,5 Euro, suszenie podobnie). Agnieszka pożyczyła mi w tym dniu worek, do którego wrzuciłem swoją bieliznę na czas prania, za co jej jestem bardzo wdzięczny. I oto po niecałej godzinie znów mam wszystko świeże, czyste i pachnące. O godzinie 18:00 udaliśmy się na Mszę świętą w kościele św. Jakuba, w miejscu, gdzie w VII wieku dopłynęły zwłoki św. Jakuba Większego Apostoła. Po Eucharystii jeszcze czas na zwiedzanie Padron, zwłaszcza klasztoru usytuowanego na wzgórzu, gdzie ponoć pozostał jeszcze tylko jeden starszy zakonnik. A potem powrót do miejsca noclegu, modlitwa brewiarzowa, i czas ułożyć się do snu. Tej nocy na noclegu trochę zmarzłem, gdyż nie było koca, a nie chciało mi się wyciągać śpiworu w nocy. No cóż, za lenistwo się płaci przeziębieniem. Za kolejny dzień, i kolejne pokonane do Santiago kilometry – Bogu niech będą dzięki.

Camino dzień szósty – 5 lipca (piątek)

Trasa: Padron – Milladorio (ok. 18 km.)

Nocleg: Albergue Milladorio

Tego dnia również Eucharystia zaplanowana jest po dojściu na miejsce noclegu, więc również na szlak wyruszam z samego rana. Tradycyjnie już śpiewam sobie Godzinki, odmawiam Jutrznię, różaniec i koronkę, pamiętając w drodze o wszystkich, którym obiecałem i winien jestem modlitwę. Jednak tego dnia trudniej już o skupienie na trasie, bo bardzo dużo ludzi pielgrzymuje. Po drodze zatrzymuję się na krótki postój, tam kupuję sok i rogalika, no i oczywiście przybijam do paszportu pieczątkę. Przed południem docieram do Milladorio. Jako, że od godziny 13:00 można meldować się w hostelu, idę do kościoła (z zewnątrz bardzo brzydka architektura i inna niż w pozostałych kościołach spotykanych na szlaku). Wewnątrz wydaje się piękny. Tam odmawiam brewiarz. Następnie w pobliskiej kawiarni oczekuję na możliwość wejścia do hostelu, tu również spotykam osoby z mojej grupy. Spędzamy czas na rozmowie. Po wejściu na miejsce noclegu, wybieram swoje lokum idę pod prysznic, a potem wypoczywam sobie wraz z innymi osobami z grupy. Ten hostel jest bardzo fajnie urządzony, jest w nim niemal wszystko, czego pielgrzym potrzebuje, a przede wszystkim tu można być głośno. Tego dnia wychodzę trochę wcześniej do kościoła, gdyż jest pierwszy piątek miesiąca i chcę dać możliwość osobom z grupy skorzystania z sakramentu pokuty. Niestety po dojściu na miejsce, okazuje się, że kościół i brama do niego są zamknięte, więc siadam w stule na ławeczce i sprawuję posługę spowiednika na ławce przy drodze. To dzień w którym Hiszpania gra mecz, stąd zakrystianka, nie przychodzi nam otworzyć kościoła, gdyż kibicuje swoim. Dopiero po jakimś czasie mamy możliwość odprawienia Mszy świętej. Po niej udajemy się do naszego hostelu i tam robimy sobie kolację. I tak mija nam wieczór. Nadchodzi czas na modlitwę brewiarzową i spoczynek, bo jutro wielki dzień – dzień wejścia do Santiago i modlitwa przy grobie świętego Jakuba Apostoła. Za kolejny dzień pielgrzymowania – Bogu niech będą dzięki.

Camino dzień siódmy – 6 lipca (sobota)

Trasa: Milladorio – Katedra Santiago de Compostella (ok. 6 km)

Nocleg: Seminario Menor

Tego dnia wstałem wyjątkowo późno, bo przed siódmą. Ostatnimi dniami o tej porze bywałem już na szlaku. Wszyscy z mojej grupy opuścili już nocleg. Dziś ważny dzień, bo oto uklęknę u grobu jednego z Apostołów, męczennika, który swoje życie oddał za wiarę w Jezusa Chrystusa. Niestety jestem przeziębiony, a wiecie co znaczy katar dla mężczyzny? ( Zdaje mu się, że umiera). Mimo osłabienia w końcu wyzbierałem się i około godziny 8:00 wyruszyłem w trasę. Tego dnia na drodze było wyjątkowo spokojnie o tej porze, ku mojemu zdziwieniu. Zostało do pokonania tak niewiele kilometrów. Przypomniała mi się pielgrzymka piesza na Jasną Górę i dzień wejścia na plac Jasnogórski, ta radość, że po 9ciu dniach wędrówki przyszło się do domu Matki. Podobnie i w moim sercu tego dnia panowała radość, że w czterdziestym roku swojego życia będę mógł stanąć przy grobie świętej Jakuba i pomodlić się o potrzebne dla mnie łaski na dalsze lata życia. Całą trasę każdego dnia pokonywałem w koloratce, bo też chciałem swoim wędrowaniem dać świadectwo tego kim jestem. Wędrując ostatni odcinek drogi natrafiłem na dwa warianty trasy do Santiago. Wybrałem tę właściwą i trochę dłuższą. Nagle przed sobą ujrzałem wędrujące Agnieszkę i Basię. Dołączyłem do nich. Wspólnie weszliśmy do kościoła znajdującego się tuż przy szpitalu psychiatrycznym. Trwała Msza święta. Oprócz starszego kapłana uczestniczyła w niej tylko jedna osoba. Smutny był to widok. Tak wielu ludzi nie zauważa już skarbu, który mają pośród siebie. Po opuszczeniu kościoła ruszyliśmy w dalszą drogę i po kilku minutach naszym oczom ukazała się Katedra świętego Jakuba Większego Apostoła – cel naszej podróży. Nasza ukochana przewodniczka – Martyna odebrała od nas paszporty pielgrzyma , by z nimi pójść i odebrać nasze certyfikaty przejścia Camino, a my mieliśmy do 11:30 czas wolny dla siebie. O godzinie 11:30 nasza grupa ustawiła się w długiej kolejce na Mszę Świętą. Ja z księdzem Markiem weszliśmy do świątyni poza kolejką okazując legitymację kapłańską i mówiąc, że idziemy do koncelebry. Udaliśmy się do tamtejszej zakrystii. O godzinie 12:00 uczestniczyłem w Mszy świętej dla pielgrzymów. Nie wiedziałem, że z naszej grupy oprócz Ks. Marka nikogo w świątyni nie było, gdyż tuż przed nimi zamknięto drzwi, gdyż wybiła godzina 12:00. Po Mszy świętej ku mojego zaskoczeniu użyto kadzidła Botafumeiro – największego kadzidła używanego w kościele. Niestety nie mogłem w tym dniu poczuć jego zapachu, gdyż miałem zatkany nos. Piękny to był widok. Tego dnia poszliśmy na wspólny obiad w Santiago, ale przyznam się, że menu nie za bardzo przypadło mi do gustu, gdyż podawano w większości owoce morza, za którymi ja nie przepadam. Za to wypiłem dwie lampki dobrego wina. O godzinie 19:30 jeszcze raz udałem się, aby z grupą uczestniczyć w Mszy świętej, przy boku tamtejszego biskupa. Będąc w koncelebrze, podałem jedno wezwanie modlitwy powszechnej po polsku oraz odpowiednią część III modlitwy eucharystycznej. Tego dnia po obiedzie, a przed wieczorną Eucharystią mieliśmy jeszcze zwiedzanie z przewodniczką. Zakończeniem zwiedzania było podejście do grobu św. Jakuba Większego a następnie objęcie (przytulenie się) jego wizerunku znajdującego się w ołtarzu głównym świątyni. Był czas na modlitwę i zwiedzanie. Zmęczony i przeziębiony udałem się na miejsce naszego noclegu. Tej nocy każdy miał swoją cele w albergu Seminario Minor.

To był piękny dzień za który Bogu niech będą dzięki.